Dziennik Pokładowy – część I

Opublikowane przez w Kreacje

Czy kiedykolwiek któryś z naszych dorosłych Czytelników stanął przed ciężką decyzją o wysłaniu swoich dzieci na kolonię lub obóz wakacyjny? Jeśli tak, to dla niektórych rodziców ten tekst być może będzie zachętą, a dla innych przestrogą przed posyłaniem swoich pociech ku nowym przygodom. Zapraszam do lektury mojego dziennika pokładowego z dwutygodniowego rejsu po Mazurach (czerwiec 2016) z Klubem Narciarskim Yeti. Uwaga! Tekst zawiera krwawe szczegóły…

Dzień pierwszy – transport i organizacja

Cała historia zaczęła się w Krakowie, jak co roku na dworcu głównym. Wszyscy pięknie spakowani szli za swoimi kapitanami do pociągu. Zapociągowanie odbyło się sprawnie i o dziwo nikt nie pozostał na peronie, kiedy pociąg już odjechał 🙂 . W trakcie podróży nic specjalnego się nie działo, z wyjątkiem tego, iż miały miejsce pierwsze „straty w ludziach” w postaci przypadkowego obtarcia nożem mojego przedramienia. Wszyscy bardzo uśmiechnięci dotarliśmy do portu Keja w Węgorzewie mniej więcej po południu.

Po jakimś czasie każdy kapitan został obdarzony łajbą oraz załogą złożoną z młodych marynarzy. Nastąpiło wstępne rozpakowanie plecaków (odwieczna mądrość naszego Klubu nie uznaje czegoś takiego jak torba) oraz rozpoczęły się wprowadzające instruktarze dla nowicjuszy, względnie przypomnienia dla weteranów, w dziedzinie wiązania węzłów i innych sztuk żeglarskich.

Chciałbym jeszcze dodać, że wszystkich łodzi obozowych było siedem, w tym dwie łódki z załogami, które miały zdawać na patent żeglarski oraz jeden jacht najwyższej admiralicji klubowej.

Wieczorem, gdy załogi buszowały po pomostach i pokładach, kapitanowie udali się do tawerny, aby obejrzeć ekscytujący mecz piłki nożnej. Kiedy mecz się skończył, wszystkie załogi udały się do innej knajpy w celu skonsumowania postawionej przez sterników pizzy.

Po sutym posiłku ekipy udały się pod pokłady na spoczynek: pierwsza noc na wodzie.

Dzień drugi – przygotowania

O poranku, zanim zaczęliśmy w ogóle w jakikolwiek sposób przyglądać się jachtom, poszliśmy najpierw zażyć orzeźwiającej kąpieli na betonowej plaży w Węgorzewie. Wszyscy popływali, wykąpali się, i w końcu pobiegliśmy z powrotem do portu. Wtedy zaczęły się wielkie przygotowania: sprawdzaliśmy sprawność sprzętu i zaopatrzyliśmy łódki w jedzenie. W końcu zebraliśmy się obok tawerny, gdzie kapitanowie dostali flagi rozpoznawcze, a wszyscy uczestnicy obozu otrzymali koszulki klubowe oraz śpiewniki.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Klubu Yeti

Po jakimś czasie wypłynęliśmy na jezioro Mamry kanałem Węgorzewskim. Pływaliśmy tam przez większość dnia, ucząc się zwrotów przez sztag i przez rufę. Po wielu godzinach rejsu wzdłuż i wszerz jeziora zawinęliśmy do portu, w którym jak nam się wydawało, mieliśmy spędzić noc. Okazało się jednak, iż daliśmy się zwieźć pozorom: flota innego obozu miała, podobne do naszych, żółte flagi na masztach. Po skontaktowaniu się z admiralicją naszej wyprawy, po jakimś czasie dopłynęliśmy do właściwego portu.

Wieczorem zapaliliśmy organizacyjne ognisko, gdzie śpiewaliśmy obozowe pieśni oraz dowiedzieliśmy się o podstawowych sprawach organizacyjnych. Na przykład o zasadzie, że nie pływamy przy wietrze o sile wyższej niż 5 w skali Beauforta, ponieważ jest to powyżej naszych umiejętności.

Po śpiewograniu wszyscy rozeszli się na swoje pokłady, gdzie w kajutach posnęli.

Dzień trzeci – kolejny dzień żeglugi

Rano, wraz z moim kuzynem Staszkiem, który również służył w naszej załodze, postanowiliśmy zapolować na ryby, za pomocą żyłki oraz zakupionych przeze mnie haczyków. Wszystko to razem z patykiem skleciliśmy w prymitywną wędkę. Po kwadransie, w wiaderku wypełnionym wodą, pływało już stadko wymiarowych płotek. Konkretnie trzech.

Ponieważ zarówno ja, jak i mój kuzyn, jesteśmy przyzwyczajeni do widoku krwi, z patroszeniem nie mieliśmy problemów. Jednak okazało się, iż nie zdążymy przyrządzić naszych okazów przed wypłynięciem w dalszą drogę, przez co ryby „pięknie” pachniały na talerzu pod pokładem, na co użalała się większość załogi. Kiedy zatrzymaliśmy się na środku jeziora aby popływać, podpłynął do nas głodny łabędź, który domagał się jedzenia. Ponieważ filety z płotek wionęły już na pół jeziora, postanowiłem zadowolić zwierzaka i rzuciłem mu trzy kawałki. Ptak jednak okazał się kompletnym ignorantem kulinarnym i pozwolił przepysznemu mięsku opaść na dno.

Po udanej kąpieli, popłynęliśmy dalej. Po południu dopłynęliśmy do zacisznej zatoczki, gdzie rozpaliliśmy ognisko, nad którym wkrótce pojawiły się pierwsze kiełbaski. W tym czasie, jak później zeznała przesłuchiwana załoga, klapki Staszka nagle postanowiły samoczynnie rzucić się w fale i odpłynąć w siną dal. Podążyły za nimi również dwa śpiewniki i moja finka. Te ostatnie udało się wyłowić, Staszek natomiast przez następny tydzień biegał niestety na bosaka.

W każdym razie dzień zakończył się pozytywnym gitarowym akcentem, a po odśpiewaniu stada piosenek dowiedzieliśmy się, że następnego dnia udamy się do Wilkasów.

Dzień czwarty – początek sielanki

I tak, po porannej kąpieli, wyruszyliśmy jeziorem Kisajno w kierunku Wilkasów. Po drodze przepłynęliśmy kilka kanałów, gdzie mieliśmy okazję sprawdzić nasze możliwości w szybkim składaniu masztu. Po długim pływaniu po jeziorze Niegocin, kapitan pozwolił w okolicach małej wysepki rzucić kotwicę i zakomenderował kąpiel. Kiedy wszyscy całkowicie mokrzy i zadowoleni wrócili na pokłady, po chwili dopłynęliśmy do portu w Wilkasach.

Zaraz po przybiciu do kei zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy na lody, smoothie, gofry i tym podobne łakocie. Wszyscy uczestnicy obozu dostali wolną rękę w sprawach przemieszczania się po porcie, byle by wrócili przed zmierzchem na pokład. Mniej więcej w południe, jeden ze starszych kolegów zebrał zaliczkę od wszystkich, którzy chcieli po południu zagrać w piłkę nożną na orliku należącym do hotelu obok. Wiele osób się zgodziło, dzięki czemu udało się wynająć boisko na prawie dwie godziny.

Po wygranym przez moją drużynę meczu, poszliśmy uczcić zwycięstwo lodami. Późnym popołudniem, mnie i mojemu kuzynowi udało się złowić naprawdę dużą płoć, którą usmażyliśmy z przyprawami. Część zjedliśmy, a resztę zostawiliśmy na następny dzień dla kapitana.

Tak minął nam pierwszy dzień w Wilkasach.

Dzień piąty – koniec sielanki

Następnego dnia większość obozowiczów poszła na basen, a część została w porcie. Ja z moim kuzynem znów podjęliśmy próbę łowienia ryb, podczas której niestety zerwała się nam żyłka. Jakaś dużych rozmiarów ryba połakomiła się na naszą przynętę i zeżarła ją razem z haczykiem i żyłką, po czym odpłynęła. A mogliśmy mieć wieloryba…

Tego dnia szczęście nam nie sprzyjało i nic więcej nie złowiliśmy. Pociechą był kolejny odcinek rejsu pokonywany metodą synchroniczną. Polegała ona na tym, że kilka łodzi (w naszym przypadku trzy) płynęło jedna za drugą lekko po skosie, a na ustalone wcześniej hasło (w naszym przypadku „Pomidor!”), wszystkie jednostki wykonywały zwrot przez sztag lub przez rufę. Mimo pełnego podekscytowania załóg, udało się uniknąć zderzenia.

Po południu dopłynęliśmy do jednego z zacisznych portów, a po drodze w kanałach właściwie nic się nie działo. No może tyle, że coś mi się pokiełbasiło w temacie sterowania jachtem i ustawiłem ster w kontrze do silnika, co zaowocowało zatarciem nazwy łodzi przez betonowy brzeg kanału. Całkiem niechcący tak mi wyszło, nie że miałem coś przeciwko imieniu naszej łajby. Z kolei kolega Gollum na sąsiedniej jednostce postanowił sprawdzić siłę bicepsów swojej załogi wydając naprzemiennie rzucane na maszt komendy „padnij” i „powstań”. Chyba nie do końca policzył sobie ile jest mostów w kanale albo może miał nadzieję, że o ile jacht z postawionym masztem nie mieści się ani pod pierwszym ani pod drugim mostem, to może akurat na przekór pod trzecim się zmieści. Albo po prostu nie oglądał filmu „O jeden most za daleko”…

Po wieczornym śpiewograniu udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Ciąg dalszy nastąpi…

Podpis autora