Londyńskie przygody

Opublikowane przez w Kreacje

Co można zrobić, gdy zostaje się sam na sam z tatą, bo mama jest w Warszawie i szkoli się na mediatora, a siostry są u dziadków? Można zapytać: „Tato, co będziemy robić przez weekend?” Wtedy całkiem możliwe, że Tata odpowie: „Spakuj się na dwa dni i weź ze sobą coś dla zabicia czasu. Ale ostrzegam, że jutro trzeba będzie wstać o czwartej.”

– Wchodzę w to!

Następnego dnia rano tata zawiózł nas na lotnisko Balice, gdzie przeszliśmy przez wielką, bożonarodzeniową bombkę, a tata powiedział:

– Od teraz to ty jesteś moim ojcem, a ja jestem niewidomy (tak na niby). Twoim zadaniem będzie zawieść nas na lotnisko Stansted w Londynie. Start.

Na początku trochę zdezorientowany zacząłem iść w stronę terminala, ale następnie zastosowałem się do wskazówek, które opracowaliśmy wraz z rodzeństwem i tatą podczas rozmówek angielskich w czasie dojazdów do szkoły, kiedy jeszcze do niej chodziliśmy.

O tym komentarz we wpisie Taty

Po przejściu kontroli bezpieczeństwa weszliśmy do samolotu i po dwóch i pół godzinie lotu wylądowaliśmy wreszcie w Londynie. W czasie podróży rozmawialiśmy o długości samolotu, o tym jak toto lata i o tym co widać „na dole”.

O tym również we wpisie Taty

Na lotnisku Stansted musieliśmy z kolei przecisnąć się przez kolejkę do przekroczenia granicy. W końcu wyszliśmy z lotniska i tata (a w tym momencie mój syn) powiedział:

– Zadanie pierwsze wykonane. Teraz pora na drugie: proszę mnie zawieźć pociągiem Stansted Express na stację London Liverpool Street.

– No dobra, jakoś to wykombinuję… To chyba tam. O, na pewno, tam jest napisane „Stansted Express”…

Po chwili manewrowania po lotnisku udało mi się dostać na właściwy peron i pojechaliśmy. Na dworcu Liverpool Street zameldowałem:

– Zadanie wykonane. Jakie jest trzecie?

– Tym razem proszę nas zawieźć do centrum wystawienniczego London ExCeL.

– Aha. A czym mam nas zawieźć?

– Metrem, oczywiście.

Tata pokazał mi plan metra londyńskiego, czyli Tube. Bardziej chyba właściwe byłoby słowo „mapa”: dziewięć sektorów, jedenaście linii metra i mnóstwo dodatkowych przewoźników. Tym razem to jednak tata kupił nam bilety. Jechaliśmy trzema liniami metra. W międzyczasie zapytałem:

– Tato, a co będziemy robić w tym ExCel?

– Nie domyślasz się, widząc, że tą samą drogą co my idzie cała masa dzieci mniej więcej w twoim wieku?

– Myślę, że to będzie coś z Lego…

Wchodzimy do środka, przechodzimy 10 metrów i co widzą moje śliczne oczka? Brick Show 2015, Build for LEGO fans! Wow!!!

– Tato, a czemu my idziemy tędy? Przecież kolejka jest tam.

– Bo zanim tu przyszliśmy pomyślałem, że nie będzie Ci się chciało stać w kolejce przez 20 godzin, więc wykombinowałem bilety VIP.

– Kocham Cię tato!

Wchodzimy do sali południowej, której część przeznaczono na wystawę Lego. Wydzielona część zmieściłaby 12 samolotów Boening 737-800 ustawionych jeden za drugim! Spędziliśmy kilka godzin na podziwianiu i budowaniu z klocków. Wraz z nami były tam dziesiątki tysięcy innych fanów Lego.

Wieczorem pojechaliśmy do centrum Londynu. Jedyną wadą wyspiarskiego klimatu było to, że bez przerwy byłem głodny. W ramach ćwiczenia w radzeniu sobie, musiałem samodzielnie kupować croissanty maślane. Tak podróżując dotarliśmy do London Eye.

– Tato, przejedziemy się?

– Pewnie!

Najpierw poszliśmy do malutkiego kina na krótki film 4D o London Eye, a potem na diabelski młyn. Nocny widok Londynu był niesamowity, wysiedliśmy po około 20 minutach. Po przejażdżce poprosiłem tatę, żebyśmy poszli już na nocleg, bo byłem mocno zmęczony i nogi mi odpadały. Po kolejnej wycieczce metrem dotarliśmy na stację Mile End i poszliśmy na ulicę Bow Common Lane. Nasz hotelik był malutki, ale w porównaniu z moimi nocami pod namiotem, całkiem luksusowy. Przed zaśnięciem powiedziałem jeszcze tacie, że następnego dnia bardzo chciałbym pojechać na King’s Cross, żeby kupić różdżkę Harry’ego Potter‘a, a Tata się zgodził!

Następnego dnia po pysznym śniadaniu pojechaliśmy więc na stację King’s Cross do sklepu Peron 9 i 3/4, gdzie kupiliśmy różdżkę dla mnie, dla Poli pióro Harry’ego i Hedvigę dla Idy. Potem migiem do ExCeL na kolejne parę godzin zabawy Lego. W końcu tata powiedział, że musimy już iść, jeśli chcemy zdążyć na samolot. No cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy…

Podróż powrotna odbyła się bez niespodzianek, teraz byłem już doświadczonym podróżnikiem. Po przylocie do Krakowa, ponownie przeszliśmy przez gigantyczna bombkę, gdzie rozpoczęła się i zakończyła nasza podróż. Nie mogłem uwierzyć, że wszystkie te wydarzenia miały miejsce w ciągu jednego weekendu.

W domu okazało się, że dziewczyny dawno już śpią z wyjątkiem mamy, która serdecznie nas przywitała… Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Zapraszam na oglądanie zdjęć!

 

Podpis autora