Na drugim końcu mapy

Opublikowane przez w Notatki

Niezależnie od wyboru Edukacji Domowej zawsze byliśmy podróżującą rodziną. Tym razem zawołało nas polskie morze i gościnny dom serdecznych znajomych, którzy z odwagą przyjęli pod swój dach naszą niemałą rodzinę. 

Wydawać by się mogło, że wizja nadchodzących egzaminów i sprawdzianu szóstoklasisty powinna usadzić nas w domu, a Tymona przykuć do książek. Nic bardziej mylnego, choć dla zachowania pozorów jedno i drugie dziecię z Edukacji Domowej zabrało ze sobą materiały do ćwiczeń. Ostatecznie podręczniki i zeszyty miały okazję przewietrzyć się w nadmorskim klimacie (bo oczywiście na ich otwarcie nie było czasu!).

Był wstępny plan, aby wypróbować nowe, szybkie połączenie Pendolino, jednak okazało się, że jest to opcja bardzo kosztowna, mimo naszej „Karty Dużej Rodziny”. Połączenia lotnicze też nie na naszą kieszeń, więc wybraliśmy się w drogę pojazdem własnym, niczym wesołym autobusem. I tu pierwsze miłe zaskoczenie – otóż wygląda na to, że przez Polskę miejscami naprawdę da się jechać! Podróż nad morze nie zajmuje już 12h tak jak kiedyś. Z jednym postojem (na nakarmienie stada wygłodniałej młodzieży) dotarliśmy na miejsce w niespełna 7h. A dlaczego z tylko jednym postojem? Otóż wymagało to inwestycji w wysokości niecałych 25zł, w wyniku której nabyliśmy tuż przed wyjazdem audiobook „Kocie historie”, czytany przez Jarosława Boberka. Kilkugodzinne słuchowisko zaczarowało nasze dzieci tak mocno, że chyba po raz pierwszy nie byliśmy bombardowani ciągłymi zapytaniami „daleko jeszcze?”. Wręcz przeciwnie, zbliżający się koniec wycieczki został przyjęty słabym entuzjazmem, bo choć ekscytacja morzem narastała, to jednak wizja pożegnania się z bohaterami bajki, nawet chwilowego, nie wzbudzała zachwytu.

W planie naszej wycieczki podstawowym punktem, absolutnie najważniejszym, była wycieczka na plażę. Najlepiej natychmiast po przyjeździe. Udało się szczęśliwie przekonać, szczególnie najmłodszą, że jest duża szansa, iż morze jednak nie zniknie do rana i jeszcze zdążymy się nim nacieszyć. A ponadto, że mamy jeszcze inne atrakcje w planie i być może właśnie od nich moglibyśmy zacząć. No i mieliśmy zadanie do wykonania! Otóż w ten weekend staliśmy się wysłannikami portalu Juniorowo.pl, któremu zobowiązaliśmy się przygotować relację z odwiedzanych przez nas miejsc.

Na pierwszy ogień poszło Europejskie Centrum Solidarności. Trochę w ramach lekcji historii: Tymon ma w tym roku w programie historię PRL. Spędziliśmy tam sporo czasu, a Relację z naszej wizyty można przeczytać na Juniorowie. Potem był spacer po starym Gdańsku i grzanie się w sklepach z pamiątkami – miało być ciepło, kurtki zimowe zostały w domu i wszyscy szczękali zębami.

Następnego dnia zabraliśmy stado w miejsce, które jest połączeniem wielkiego placu zabaw i lekcji przyrody, czyli do Centrum Nauki Experyment. To przestrzeń, która niezbicie udowadnia, że dzieci to stworzenia wodne, bez dwóch zdań. O szczegółach można przeczytać w Sprawozdaniu.

Szum wody sprawił, że w młodzieży odezwał się zew, który przypomniał im, po co tak naprawdę tu przyjechaliśmy – „gdzie to morze?!”. Zatem nastał czas, aby przenieść się w miejsce, gdzie piasek chrzęści między zębami, fale chlupoczą i ptaki krzyczą. Polecono nam plażę w Jelitkowie, gdzie udaliśmy się wyposażeni w wiaderka i łopatki. Wielka piaskownica została skrupulatnie przekopana, a temperatura wody doświadczalnie sprawdzona i oceniona za niezdatną do kąpieli. Okazuje się, że pół dnia w piachu to zdecydowanie mało! A zatem ostatni dzień naszego pobytu musiał skupić się już jedynie na tej atrakcji. Wybraliśmy się na plażę Gdynia Orłowo na spacer po klifie.

Jednak kluczowe było plażowanie. I to nie byle jakie plażowanie, bo kiedy dookoła spacerowali turyści w czapkach i puchówkach, nasze dzieci (najstarsze i najmłodsze) postanowiły wykorzystać przywiezione z domu stroje kąpielowe, a co! Plaża to plaża, nie ważne, że jest początek kwietnia! Co więcej, nie poprzestali na samym plażowaniu, jedno i drugie dokonało wodowania, lecz o różnym stopniu zanurzenia – w wypadku Tymona odbyło się zanurzenie głębinowe (ku uciesze lub przerażeniu obecnych w okolicy licznych gapiów). Szczęśliwie nikt nie zawiadomił opieki społecznej, że dzieci mają nieodpowiedzialnych rodziców…

Podsumowując – trzy dni nad morzem to absolutnie za mało. Szkoda, że nie mamy tam troszkę bliżej. Bo choć woda w Bałtyku nie zachęca do kąpieli, to widać naszym latoroślom w niczym ten fakt nie przeszkadza. Ogromna nadmorska piaskownica przyciąga dzieci chyba w każdym wieku. Zrelaksowani, z chrzęszczącym piaskiem we wszystkich zakamarkach, wylądowaliśmy w domu, aby dwa dni później stawić czoła egzaminom i sprawdzianowi szóstoklasisty.

Podpis autora