Nauczanie a uczenie

Opublikowane przez w Filozofia

Do jednych z najczęściej pojawiających się pytań dotyczących Edukacji Domowej naszych dzieci należą:

  • ale kto będzie ich uczył?
  • czy będzie przychodził do domu jakiś nauczyciel?
  • czy może sami stworzymy domową klasę, lekcje i relację nauczyciel – uczeń?

Podejmując wspólnie z dziećmi decyzję o rezygnacji z dobrodziejstwa, jakim jest „placówka edukacyjna”, ustaliliśmy razem zakresy odpowiedzialności i podział ról. To nie rodzice będą nauczać i to nie rodzice zostaną nauczycielami. Bo zdecydowanie nie zamierzają się z dziećmi siłować. To raczej dzieci będą się uczyć (lub nie) i to dzieci powinny mieć świadomość zadań do wykonania i rozległości świata do odkrycia. Oczywiście proces przechodzenia z „bycia nauczanym” (ang. teaching) do „uczenia się samodzielnego” (ang. learning) wymaga czasu, o czym była już mowa w Odszkolenieniu. Taką właśnie zmianę paradygmatu nauczania podejmuje pedagogika zwana Problem-Based Learning.

Ma ona swoje minusy (jak na przykład konieczność poniesienia większego nakładu pracy i przeznaczenia większej ilości czasu na edukację czy początkowe trudności adaptacyjne), ale mimo wszystko staramy się, aby minusy te nie przesłoniły nam plusów. Bo to nie my jesteśmy pionierami na tej ścieżce: znacznie mądrzejsi byli na niej przed nami znacznie wcześniej.

Nigdy nie nauczam moich uczniów: staram się tylko zapewnić im warunki, w których mogą się uczyć.
Albert Einstein

Biorąc sobie mocno do serca powyższy cytat, my też staramy się zapewnić odpowiednie warunki, podsuwać tematy, narzędzia, czasem pomysły. Niezaprzeczalnym urokiem i wartością Edukacji Domowej jest możliwość nieszablonowego podejścia do dowolnego tematu oraz nieograniczony czas na jego rozwiązanie. Nie ma dzwonka, który po odliczeniu 45 minut brutalnie przekieruje uwagę z historii na matematykę. Można przez większą część dnia bezkarnie rozmawiać o zjawiskach przyrodniczych, a innego całkowicie skupić się na zajęciach manualnych.

Z każdym dniem widać, jak dzieciaki same rozwijają coraz szerzej skrzydła i znajdują nowe problemy do rozwiązania, nowe tematy do zgłębienia. Jako rodzice staramy się oferować potrzebne wsparcie, pomoc w wyjaśnianiu niezrozumiały kwestii czy szukaniu rozwiązań. Na pewno jednak nie zamierzamy przybierać pozy nieomylnych Nauczycieli Którzy Wiedzą oraz używać metod kija i marchewki („bo dostaniesz pałę”, „pracuj mocno, to dostaniesz piątkę”, „bo nie będzie deseru”, „ucz się ucz, bo bez tego nic w życiu nie osiągniesz”). Liczne publikacje pokazują, że dzieci najlepiej uczą się i rozwijają wtedy, kiedy tego chcą. Marzymy o tym, aby cała nasza trójka odnalazła swoje pasje i swoje drogi, aby nauka była dla nich przyjemnością, zabawą i odkrywaniem, a nie niewdzięcznym i niechcianym obowiązkiem.

Chcemy im więc mówić o przywileju odkrywania, a nie o obowiązku edukacji.

Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia „siedzenia przez cały czas z dziećmi”. No bo jak to tak, żeby tyle czasu spędzać ze swoimi latoroślami, zamiast ze spokojem odesłać je do „placówki edukacyjnej”. Szczęśliwie tak się składa, że my całkiem lubimy nasze dzieci i spędzanie z nimi większej ilości czasu nie stanowi jakiegoś ogromnego problemu.

Podpis autora