Odludki

Opublikowane przez w Filozofia

Możliwość samodzielnego uczenia dzieci w domu rozważaliśmy od lat. Jednak główni zainteresowani absolutnie nie widzieli takiej możliwości – wszyscy chcieli iść do szkoły, początkowo traktując ją jako interesującą, nową przygodę. Niestety, z czasem okazało się, że głównym, o ile nie jedynym powodem chodzenia do szkoły stali się koledzy i koleżanki. Każde z naszej trójki jest towarzyskie, dobrze odnajduje się w grupie, lubi wspólne gry i zabawy. Nadszedł jednak ten moment, w którym mimo wartości jaką niesie ze sobą grupa rówieśnicza poprosili o zmianę, o możliwość przejścia na edukację domową.

Jak już pisałam wcześniej, podjęcie decyzji poprzedziły długie rozmowy z czym to się wiąże, jak to może wyglądać. O tym, że nie będzie już klasy, przerw, a co za tym idzie zabaw w towarzystwie i codziennych kontaktów z przyjaciółmi. Na pewno duże znaczenie miał fakt, iż edukację domową rozpoczęli we dwoje: Tymek i Pola. Ze względu na dzielącą ich niewielką różnicę wieku (dokładnie dwa lata i pięć dni), stanowią swego rodzaju jeden organizm. Są nierozłączni, świetnie się czują w swoim towarzystwie, organizują wspólne projekty, zabawy, potrafią zarazić swoimi pomysłami okoliczne dzieci (czego świetnym przykładem była wspólna zabawa pod hasłem Miszyn Dajmont). Oczywiście, nie znaczy to, że nie ma konfliktów, nieporozumień, a czasem nawet dłuższych sprzeczek. Ale to też doskonała przestrzeń do nauki komunikacji, negocjacji, mediacji.

Nasz dom jest miejscem otwartym. Często goszczą u nas różnego rodzaju znajomi, z dziećmi lub bez. Dzieci bywają u swoich koleżanek, kolegów, kuzynów. Teraz, gdy nie ma już presji porannego wstawania, zadań domowych do zrobienia wieczorową porą, możliwy jest jeszcze większy luz w kontaktach towarzyskich.

A do tego dochodzą różne zajęcia: Uniwersytet Dzieci, gitara, pianino, no i oczywiście ukochane Yeti. Kolejny plus edukacji domowej – obecnie możemy uczestniczyć w treningach dwa razy w tygodniu, co wcześniej było bardzo trudne. Z Yeti wiążą się wyjazdy rodzinne i samodzielne, obozy, weekendowe narty, rowery. Tu zawiązują się przyjaźnie, może nie takie codzienne jak szkolne, ale nie mniej wartościowe.

Szkoła nigdy nie była jedynym środowiskiem dzieci, ani 100 lat temu, ani „za naszych czasów”. Zawsze było „coś” poza nią. Większość znajomych nie utrzymuje relacji z kolegami i koleżankami ze szkoły podstawowej. Nie przetrwały przyjaźnie, w których nie było czegoś więcej, niż tylko wspólna szkolna ławka. Oczywiście nie jest tak, że życie w szkole to „samo zło” i trzeba koniecznie wyrwać stamtąd niewinne ofiary systemu. Nie.

Uznajemy jedynie, że poza szkołą też jest życie.

Można stworzyć, nawet specjalnie nie starając się, takie warunki, aby nie wychować dzieciaków na odludków. Nie mieszkamy na bezludnej wyspie. Pięcioosobowa rodzina to już grupa, w której trzeba nauczyć się egzystować, a relacje między trójką rodzeństwa nie zawsze należą do idealnych. Nie zamykamy też drzwi na klucz. Nasza przygoda z edukacją domową dopiero się rozpoczęła. Byliśmy w teatrze, planujemy wycieczki do muzeów, będziemy szukać podobnych „odmieńców” do nas, którzy również uwierzyli w życie poza szkołą.

Podpis autora