Odszkolnienie

Opublikowane przez w Filozofia

Zaczęły pojawiać się pierwsze pytania z serii „i jak?”: „jak sobie radzicie?” albo „jak to wygląda?”, albo „jak dużo czasu się uczycie?” czy też „jak ustalacie plan lekcji?”.

Odszkolnienie. Trudna sprawa, ale podobno wykonalna. Otóż zakładamy, że edukacja domowa to nie jest przeniesienie szkoły do domu. To zupełna zmiana koncepcji. Zanim podjęliśmy decyzję o nauce w domu prowadziliśmy z dzieciakami długie rozmowy jak to widzimy i o co w tym chodzi. A chodzi głównie o to, że od Dnia Niepodległości to oni, jako główni zainteresowani, stają się odpowiedzialni za swoją naukę. My jako rodzice oczywiście służymy wsparciem, pomocą, ale nie będziemy się z nikim siłować, nikogo zmuszać, my już szkolną edukację zakończyliśmy. W obecnych okolicznościach staramy się, aby to dzieci same ustalały czym będą się danego dnia zajmować, które działy i kiedy „przepracowywać”.

Początkowo było ciężko, szczególnie że jak wiadomo doświadczenie zdobywa się powoli. Teoria teorią, ale siła przyzwyczajenia oraz systemowy brak zgody na luz i swobodę dawały o sobie znać. Pierwsze dwa dni w domu z założenia miały być okresem przejściowym, czasem przeznaczonym na reorganizację przestrzeni, zaplanowanie od nowa planu dnia. Ale wieczorem pojawiało się pytanie – to co oni dziś zrobili? Jaki materiał przerobili? Dodatkowego smaczku dodawała wiecznie pochylona nad podręcznikami Pola, w kontraście do wyluzowanego Tymona zajętego czytaniem, graniem na gitarze albo budowaniem z klocków Lego. Jak to tak? Przecież to szósta klasa, przed nami sprawdzian, program do zrealizowania, materiał do przerobienia, podręczniki, egzaminy…

Potem nastąpił czas planowania, wielki moment decyzji: co Ty synu, Ty córko planujesz opanować w nadchodzącym tygodniu? Dzieciaki wzięły zeszyty i na pierwszej stronie napisały: „tydzień pierwszy 16-20 listopada” oraz tematy z przyrody i matematyki, które chciały w jego czasie „przerobić”. Pierwszy krok do samodzielnego zarządzania czasem, brania na klatę odpowiedzialności za swoje działania, swoją pracę. A po upływie założonego czasu miało nastąpić sprawozdanie: co się udało, a co nie i dlaczego.

Coraz częściej ktoś pytał „jak tam nauka w domu?”. Pojawiły się pierwsze powątpiewania „ciekawe jak teraz poradzicie sobie z dyscypliną i systematycznością”. Ciężko nie ulec presji i samemu nie podpytywać latorośli „no i co dziś zrobiłeś?” albo wręcz „dlaczego tak mało?!”. Oj, nie jest to dobre podejście…

Na szczęście przyszło opamiętanie.

Przecież nie po to dzieci odeszły ze szkoły, aby wywierać na nich presję w domu i pokazywać, że nie tak, że za mało, że za słabo!

Do egzaminów jeszcze dużo czasu, a mózg, który przez ostatnie kilka lat poddawany był konkretnemu praniu z wirowaniem na najwyższych obrotach i ciosany wedle jedynego słusznego wzoru, potrzebuje detoksu. Tak, detoksu. Dzieci najlepiej uczą się gdy chcą, taka jest teoria. A praktyka pokazała, że to prawda! O ile łatwiej było liczyć i przyswajać nowe umiejętności matematyczne pracując nad Policzeniem ilości farby do malowania ściany. Albo jak łatwo przyszło nauczyć się pisać listy formalne, gdy chodziło o złożenie podania o podwyżkę kieszonkowego. Są dni, kiedy nie dzieje się nic związanego z „podstawą programową”, co przecież nie znaczy, że dzieci niczego się nie uczą: gotują obiad, robią szałas albo budują piec. W inne dnia za to mocniej skupiają się na edukacji w bardziej tradycyjnym ujęciu: Tymek robi dyktando Poli, a Pola Tymonowi, nawzajem oceniają swoje streszczenia przeczytanych książek, Tymon pomaga Poli w matematyce, Pola tłumaczy proste artykuły z angielskiego, a Tymek rozkodowuje teksty piosenek Eda Sheerana.

Odkrywamy nowe oblicza nauki, przestawiamy się z nauczania na uczenie się. To proces, który potrzebuje czasu.

Ale my mamy i czas i chęci, czyli to co najważniejsze.

Podpis autora