Pomodoro

Opublikowane przez w Warsztat

Czy pomidor może być znakiem przełomu? No więc wygląda na to, że tak…

Chwilę nas nie było. Ale przez ostatnie ponad pół roku od ostatniego Majowego wpisu działo się doprawdy niewiele… Dorobiliśmy się kocicy Sofii (w sensie sama do nas przyszła i też postanowiła się edukować domowo), zdaliśmy egzaminy do klasy I gimnazjum w przypadku Tymona oraz do klasy V podstawowej w przypadku Poli (czyli Edukacja Domowa nie poniosła na razie większej porażki), odbyliśmy kilka wojaży, wykonaliśmy parę projektów oraz wdrożyliśmy co ciekawsze pomysły. Czyli generalnie wydarzyło się milion spraw i rzeczy, o których w ogóle nie ma co pisać, więc blog chwilowo się zahibernował 😉 .

No dobrze. Tak naprawdę niedawno zostaliśmy zachęceni przez znajomków, żeby jednak kontynuować. Niniejszym więc spróbujemy wrócić do Pozytywów Edukacji, coby raz na tydzień jakiś wpis się pojawiał. Po przerwie na początek krótka refleksja o dobieraniu narzędzi.

Jak pamiętacie, nie uczymy naszych dzieci (teaching), tylko wychodzimy z założenia, że albo nauczą się same (self-learning), albo w ogóle się nie nauczą (hopeless fools). W obszarze tego, co dzieci chcą robić same z siebie, self-learning działa oczywiście fantastycznie. W obszarze tego, do czego zmusza je system (czyli podstawy programowej i egzaminów) – nie czarujmy się – działa gorzej, żeby nie powiedzieć słabo. Ponieważ z definicji nie stosujemy kar i nagród, pozostaje nam eksperymentowanie z budowaniem motywacji wewnętrznej. Wydaje się, że dzieciaki mają wszystko czego potrzeba do uczenia się:

  • swoje pokoje (ciszę i spokój)
  • dostęp do internetu (skumulowana wiedza ludzkości),
  • wszelkie książki i materiały naukowe (tak, tak, na edukacji domowej też są),
  • rodziców, których mogą zapytać o dowolny problem (że niby tacy kumaci 😉 )
  • mnóstwo czasu

Wielkie planowanie

I co? I oczywiście okazuje się, że to zdecydowanie nie wystarcza. Codziennym naszym zmaganiem, zgodnie z przewidywaniami, pozostaje niezmiennie odpowiedź na pytanie:

Jak zmusić nastolaki, żeby się uczyły?

Po pierwsze odkryliśmy, że zmusić się nie da. Zgodnie z III zasadą dynamiki Newtona, im bardziej ciśniemy, tym bardziej Dzikie dzieci się wywijają. Dlatego nie wróżymy sukcesów szkole: przymus (oceny, sprawdziany, świadectwa z paskiem, porównywanie do innych) po prostu nie działa, drodzy Państwo. A jeżeli nie działa w domu, to tym bardziej nie uwierzę, że zadziała w szkole.

Po drugie w toku eksperymentowania okazało się, że nie działa szczegółowe planowanie tygodnia. Czyli to co poniżej można sobie między bajki włożyć. Dzikie dzieci, chociaż bardzo chcą, nie potrafią trzymać harmonogramu i planować detali.

Po trzecie, wyszło na to, że plan bardziej luźny, czyli „wpadacie rano i ustalmy wspólnie co będziemy robić dzisiaj”, nie działa także. Dzikie dzieci pełne zapału po godzinie zajmują się czymś zupełnie innym, niż wcześniej zaplanowano.

Burn-down chart

Po czwarte, działa Burn-down chart. U nas jest akurat w wersji odwróconej, bo budujemy wiedzę: tak woleli to widzieć Tymon i Pola. Dzikie dzieci widzą (w sensie literalnie, oczami widzą) gdzie są w danej chwili. Słuchanie uszami o tym gdzie są (w stylu „zostało mało czasu, musicie przyspieszyć, jak dalej będziecie pracować w tym tempie, to w maju nie zdacie”, itp, itd) nie działa natomiast zupełnie.

Pomodoro

Po piąte, i tutaj sedno warsztatowe niniejszego wpisu, fantastycznie i fenomenalnie działa Technika Pomodoro. Ustawieni jesteśmy w następującej konfiguracji:

  • 25 minut koncentracji, 5 minut przerwy
  • powyższe razy 3, następnie 20 minut przerwy
  • na koniec na dobicie jeszcze jedno 25 minut (czyli dziennie 7 pomodoro)
  • a potem projekty, czas wolny, czas własny, duch Yeti i wszelkie inne dobrodziejstwa Edukacji Domowej

Od kilku dni trwa rewolucja: okazało się w końcu w praktyce (o czym rodzice gadali od pół roku, ale jak wiadomo słuchanie uszami nie działa 😉 ), że pracując 2,5h dziennie w dużej wydajności po pierwsze potrafimy nauczyć się znacznie więcej, a po drugie mamy ogromnie dużo wolnego czasu w porównaniu do ciągnącego się przez cały dzień i niewydajnego zupełnie trybu „znowu trzeba się uczyć…”

Czyli tak trochę jakby lekcje zamiast 45min trwały u nas 25min, a całość edukacji zamykała się dziennie w 2,5h zamiast w 7h. Dla przypomnienia, nadal utrzymuję, że dzieciaka w wieku 11 lat, który nigdy nie widział szkoły, można zainspirować do nauczenia się całego programu klas I-VI w przeciągu pół roku.

Opinia prywatna taty (aby wraz z powrotem do pisania na Pozytywy Edukacji pojawiła się również jakaś delikatna i stymulująca kontrowersja): prawie dwustuletni dziadek zwany pruskim systemem szkolnictwa (czytaj państwowa szkoła publiczna w Polsce) to najbardziej niewyobrażalny martnotrawca czasu i potencjału dzieci, jakiego tylko mogą dzieciom zafundować dorośli…

Wiesz tato, ja wiem, że długo trwa znalezienie na mnie dobrego narzędzia, ale to Pomodoro naprawdę działa i jest super.

Wzruszające…

Podpis autora