Sakwiarze na Hel!

Opublikowane przez w Notatki

Kiedy dzieci, jak co roku, zostały zdeponowane na obozie podnamiotnym, my rodzice ponownie wsiedliśmy na swoje dwukołowe rumaki, tym razem za cel obierając górny cypelek. Sakwiarze na Hel!

Przygotowania

Bogatsi o doświadczenia z zeszłego roku oraz zakupione w tamtym czasie sprzęty, przygotowania do wyjazdu ograniczyliśmy właściwie do przeglądu (i drobnych napraw) rowerów, uzupełnieniu garderoby i lekkich treningów. Planowanie trasy, podobnie jak poprzednio, było ramowe i orientacyjne. Znamy kierunek, ale nie mamy wytyczonej drogi, zobaczymy gdzie nas koła poniosą! Pakujemy sakwy, liczymy na dobrą pogodę i ruszamy!

Dzień pierwszy: dom – Miechów – Żarnowiec – Włoszczowa – Bobrowniki (122km)

Pogoda nam sprzyja, jak w zeszłym roku. Ruszamy w sobotni poranek w kierunku północy. Początkowo pokonujemy te same ścieżki co rok wcześniej, jednak w nowej odsłonie. Wtedy było chłodniej lecz sucho. Teraz po obfitych opadach trafiamy na ogromne pokłady błota, które w połączeniu z żarem lejącym się z nieba, skutecznie zmniejszają naszą „prędkość przelotową”. Pojawiają się też niespodzianki w postaci nowego asfaltu, tam gdzie wcześniej był żwir i błoto, ale niestety nie udaje się również uniknąć piachu, który skutecznie uniemożliwiał jazdę na siodle. Doświadczyliśmy dzięki temu kilku długich spacerów po lesie, oganiając się od komarów i innych żądnych naszej krwi owadów. Pierwszy dzień to 122km przejechane (i przepchane) oraz nocleg w przytulnych, gościnnych progach przyjaciół.

Dzień drugi: Bobrowniki – Ręczno – Piotrków Trybunalski – Łódź (125km)

Upał nie odpuszcza, a my kierujemy się w stronę Łodzi. Pierwszy postój mamy w miejscowości Ręczno, gdzie pod kościołem miła Pani sprzedaje ręcznie robione, tradycyjne lody. Spędzamy tam kilkanaście minut, ze zdziwieniem obserwując dziesiątki podjeżdżających samochodów, z których wysiadali miłośnicy lokalnego przysmaku, w który zaopatrywali się w hurtowych wręcz ilościach. Pamiętając, że jesteśmy na urlopie a nie na wyścigu, robimy dłuższą przerwę w Piotrkowie Trybunalskim, delektując się obiadem w Karuzeli Smaków (polecamy). Do Łodzi, a właściwie do jej najbardziej północnego krańca, docieramy wieczorem. Przytulny hotel gwarantuje nam wygodne łóżka, ciepłą wodę i bezpieczne przechowanie rowerów. Po zamówioniu jedzenia z dowozem do pokoju (nogi wyśmiały pomysł pójścia na kolację), do szczęścia niczego więcej nam nie potrzeba.

Dzień trzeci: Łódź – Zgierz – Kutno – Włocławek (116km)

Kierujemy się do Zgierza, gdzie odwiedzamy sklep medyczny. W tym roku drugie tatowe kolano daje o sobie znać i domaga się tejpowego wsparcia. Jedziemy piękną pradoliną Bzury i Neru. Wspierani przez Trip Advisora trafiamy na pyszny obiadek w Kutnie, skąd ruszamy w kierunku Włocławka, gdzie czeka na nas kolejny hotelowy nocleg. Powoli widzimy zmianę zachowań kierowców. Podjeżdżając ścieżką rowerową do krawędzi jezdni widzimy jak dwa pasy samochodów zatrzymują się, ustępując nam pierwszeństwa. Wieczorem zwiedzamy uliczki Włocławka, szukając przytulnej knajpki na kolację.

Dzień czwarty Włocławek – Toruń – Grudziądz (118km)

Poranek zaczął się mało ciekawie – guma w tylnej oponie! Niedaleko hotelu znajdujemy czynny od rana serwis rowerowy, dzięki czemu zamiast samodzielnie naprawiać problem (co oczywiście było wykonalne, ale jednak czasochłonne) szybko oddajemy mój rower w ręce profesjonalisty. Z lekkim opóźnieniem ruszamy w stronę Torunia. Niestety upał nadal daje się we znaki, co w połączeniu z porannym poślizgiem mobilizuje nas do uproszczenia trasy – zamiast wzdłuż Wisły i przez Ciechocinek, pędzimy najkrótszą drogą do Torunia. Tam na Rynku posilamy się pysznymi naleśnikami, wypijając hektolitry lemoniady. Dobrze się siedzi, rynek przypomina nam trochę Wrocław, ale świadomość kolejnych 60km przypomina, że czas ruszać. Czeka na nas Grudziądz i jego piękne Spichrze.

Dzień piąty: Grudziądz – Sadlinki – Kwidzyn – Ryjewo – Malbork (82km)

Żegnamy Grudziądz pedałując wałami Wisły, choć z przygodami i niespodziankami w postaci poszukiwania właściwej drogi. Upał nie daje za wygraną, więc dzisiejsza trasa prowadzi od jednego wioskowego sklepu z zimnymi napojami do kolejnego. A teren wcale nie jest płaski, choć to już przecież „prawie” morze! Przed Kwidzynem spada pierwszy i jedyny w czasie tego wyjazdu deszcz, po którym już po chwili nie ma śladu. Gdzieś na 530 kilometrze nadchodzi solidny kryzys, ale jeszcze tylko 35km do hotelu. Dzień z gatunku lekkich, bo tylko około 80km przejechanych, ale i tak wieczorny spacer po pięknym Malborku wymaga dużego samozaparcia.

Dzień szósty: Malbork – Tczew – Suchy Dąb – Gdańsk – Gdynia (84km)

Już czuć, że cel blisko! Ruszamy ścieżkami rowerowymi przez Malbork, które niestety zaraz za miastem kończą się i wyrzucają nas na okropna krajówkę bez pobocza. Taka droga nie nadaje się dla rowerzystów, zjeżdżamy w pierwszą drogę „w pola” i opłotkami, w towarzystwie traktorów i kombajnów, docieramy nad Wisłę w Tczewie. W okolicach Suchego Dębu trafiamy na piękną ścieżkę rowerową wzdłuż Motławy, z której zjeżdżamy tuż przed samym Gdańskiem. Wreszcie docieramy na plażę (próbując nie rozjechać deptających ścieżki rowerowe turystów). Za nami ponad 600km, ale to jeszcze nie koniec! Po regeneracyjnej przerwie w towarzystwie smacznej rybki jedziemy znaleźć nasze lokum „with the view” w Gdyni. Skoro z widokiem i nie przy plaży, to znaczy, że… na górce. Ostatni całkiem spory (nad morzem miało być płasko!) podjazd tego dnia daje się mocno we znaki, ale kto jak nie my!

Dzień siódmy Gdynia – Rewa – Puck –Władysławowo – Jastarnia – Hel – Gdynia (95km)

Ruszamy z rana przemierzając gdyńskie ścieżki rowerowe, choć nawigujące nas mapy próbują usilnie wybrać drogę szybkiego ruchu na Wejherowo. Kierujemy się zatem wbrew nim na Rewę i bardzo szybko trafiamy na malownicze ścieżki rowerowe nad samym morzem. Choć zdarzają się różne niespodzianki,  jak góra piasku czy strome podejścia, to jednak sama trasa aż do Władysławowa jest bardzo urokliwa i spokojna. Wjeżdżamy na Hel i właściwie cały półwysep pokonujemy płaską i mało wymagającą trasą, z postojem w Jastarni na jakże smacznym obiedzie. W końcu docieramy do tablicy „Hel”, ale za nią jeszcze kilka kilometrów pedałowania po najfajniejszym, leśnym fragmencie rowerowej ścieżki. Kończymy przygodę kąpielą w morzu (tak, w otwartym morzu, nie zatoce, bez sinic choć w wyjątkowo ciepłej wodzie), a potem promem wracamy do Gdyni.

Dzień ósmy

… był zdecydowanie z dala od roweru. Choć wizja pojechania w przeciwnym kierunku mocno kusiła 😉 .

W niedziele wracaliśmy do Krakowa Pendolino, gdzie nasze rowery miały swoje miejscówki, a my swoje.

Podsumowując: 7 dni – 735km z Krakowa na Hel. Pierwsze cztery dni po 120km dały się w tym upale we znaki, ale jednak dzięki temu kolejne dni były luźniejsze i krótsze. Decyzja o nocowaniu w Gdyni zamiast w Gdańsku miała swoje plusy, zawsze to kilkanaście kilometrów bliżej na Hel i wygodne połączenie promowe. Mapy rowerowe Google’a miały jak zawsze swoje plusy i minusy: czasem znajdowały ciekawe trasy, ale czasem wpuszczały nas w piachy, błota albo na krajówki. Być może lepsze przygotowanie trasy dałoby nam więcej wrażeń estetycznych, jednak spontaniczność całej wyprawy była dla nas ważniejsza.

Wyszło trochę jak SPA i tygodniowa randka w jednym 😉 .

Czas pomyśleć gdzie pojedziemy za rok…

Podpis autora