Z pamiętnika matki home-schooler’ów

Opublikowane przez w Notatki

Minęło sporo czasu od rozpoczęcia przez nas Edukacji Domowej. Wiele się nauczyliśmy i ciągle uczymy: o naszych dzieciach, o uczeniu się, o planowaniu, o codziennych naukowych zmaganiach, o organizowaniu czasu i o sobie samych. Nie sposób wszystkich tych spraw opisać. Po półtora roku od podjęcia decyzji o opuszczeniu szkolnych murów mamy dużo przemyśleń, ale i pewność, że wybraliśmy właściwą drogę.

Szybki rzut oka na to co było

Mamy za sobą zaliczoną z sukcesem sesję egzaminacyjną w 2016 roku. Były chwile trudne i stresujące, niektóre egzaminy zostały zdane z łatwością, inne wymagały większego nakładu pracy i przygotowania. Tymon został absolwentem szkoły podstawowej i rozpoczął we wrześniu edukację gimnazjalną. Pola ucieszyła się z likwidacji sprawdzianu szóstoklasisty i na razie zupełnie nie przejmuje się faktem, że gimnazjum ma być zlikwidowane. Bo przecież nadal planuje uczyć się w domu.

Wakacje, ach wakacje. Sielsko – anielsko. A co sielskie nie było, niech pozostanie niedopowiedziane. Bo warto pielęgnować dobre wspomnienia basenowania, malowania, wspólnych rowerowych wycieczek, wędrówek po lesie i budowania zamków z piasku.

Nowy rok nie-szkolny

Wrzesień 2016 przyniósł nowe wyzwania: o ile dla Poli o podobnym stopniu trudności, o tyle Tymon wpadł w lekki przestrach zobaczywszy ile egzaminów czeka go w tym roku. Bo gimnazjum to już nowe przedmioty, a co za tym idzie nowe egzaminy – łącznie w pierwszej klasie ma być ich 10. Długie wakacje mają swoje niezaprzeczalne plusy, ale i minusy – ciężko po tak długim czasie pełnego luzu i swobody wrócić do trybu „szkolnego”, nawet w tak elastycznej formie jaką zapewnia edukacja domowa.

Choć plan był ambitny – wziąć byka za rogi i z pierwszymi egzaminami rozprawić się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, to jednak proza życia szybko ten pomysł zweryfikowała. Ciężko było zabrać się do pracy. Próbowaliśmy, jako rodzice, pomóc naszej młodzieży w realizowaniu założonych przez siebie celów i wywiązywaniu się z podjętych zobowiązań. Szukaliśmy też najlepszych metod organizowania czasu. Wspólnie wypracowywaliśmy nasz rodzinny system wsparcia. Rytualne, cotygodniowe spotkania pozwoliły usystematyzować progres w opanowywaniu podstawy programowej, ale nie tylko. Kiedy raz w tygodniu, zazwyczaj w niedzielę, spotykamy się aby podsumować 7 dni pracy i zabawy, nie rozmawiamy tylko o rozdziałach przerobionych w podręcznikach. To moment na pochwalenie się przeczytanymi książkami, ciekawymi projektami, nowymi zainteresowaniami, ale i docenienie wszelkich starań na froncie spraw domowych. Jest też czas na rozważenie co będzie priorytetem w nadchodzącym tygodniu, na jakich tematach warto się skupić, które projekty rozwinąć, a co na razie może (lub musi) poczekać.

Uzależnieni od uczenia się

I tak trwamy od września 2016 do dziś i mamy plan trwać nadal. Okrzepliśmy w naszych homeschoolingowych zwyczajach. Doceniamy zmiany, które zaszły w rodzinnym życiu, w relacjach, w dzieciach, w nas. Więcej spraw mamy przemyślanych i przetestowanych. Doświadczyliśmy chwil trudnych i bardzo radosnych. Mamy za sobą pierwsze egzaminy z tego roku szkolnego, przed nami w maju kolejne.

Jak długo pozostaniemy w homeschoolingu? Na zawsze! Bo to stan ducha, a nie kwestia chodzenia, bądź nie chodzenia do szkoły. Uczymy się całe życie, niezależnie od zdawanych egzaminów i zewnętrznych ocen.

A czy dzieciaki wrócą kiedyś do szkoły? Nie wiemy: to ich decyzja. Ale na razie nic na to nie wskazuje.

Podpis autora