Listen to "Czy dzieci potrzebują grupy?" on Spreaker.

Spotify podcast badge
Apple podcast badge
Google podcast badge
Youtube podcast badge


Podcast's homepage at    Spreaker logo

Transcription


Czy dzieci potrzebują grupy?

Intro

Dzień dobry! Nazywam się Kinga Pukowska, a to jest mój podcast Pozytywy edukacji.

Serdecznie zapraszam was do wysłuchania kolejnego odcinka, a także do obserwowania mojego profilu na Instagramie, gdzie bywam najczęściej - Pozytywy edukacji - a także na Facebooku.

I serdecznie zapraszam was do zapisania się na Newslettera, którego staram się w miarę regularnie wysyłać.

Dzieci potrzebują innych ludzi

W dzisiejszym odcinku chciałam poruszyć temat grupy dzieci. Bardzo często mówi się o tym, że dzieciaki potrzebują innych dzieci, że szkoła, która socjalizuje nasze dzieciaki, jest najlepszym rozwiązaniem. Bo... No właśnie, bo pojawiają się rówieśnicy.

Ale czy każde dziecko potrzebuje grupy rówieśniczej, grupy innych dzieci, i czy dla każdego dziecka taka forma socjalizacji jest najlepsza?

Pozwolę się trochę z tym nie zgodzić. To co jest pewne, to to, że dzieci potrzebują innych ludzi: z tym absolutnie nie dyskutuję. Człowiek to istota społeczna, większość nas potrzebuje drugiego człowieka do dobrego funkcjonowania.

Kiedyś, prowadząc Rozmowę na Instagramie z Panią Kasią po godzinach, rozmawiałyśmy właśnie o tej socjalizacji. I o tym, że w wielu statutach szkolnych istnieje taki zapis, że jako placówka starają się naśladować relacje w rodzinie wielodzietnej.

Pani Kasia jest mamą wielodzietną, ja też mam trójkę dzieci i mając już pewną socjalizację w rodzinie, placówki starają się jakby ją naśladować. Można by zatem pomyśleć, że tym miejscem podstawowym socjalizacji jest jednak rodzina, a nie szkoła.

Szkoła, zgodnie z tymi statutami, stara się właśnie naśladować tę socjalizację, która występuje w rodzinach wielodzietnych chociażby. Czyli, jak to powiedziała Pani Kasia, to oni - placówki - gonią nas, a nie my gonimy ich.

Tak sobie właśnie myślę, że ta grupa rówieśnicza i rówieśnicy jako tacy, to taki trochę koncept nie do końca, wydałoby się, codzienny. Bo zastanów się jak często ty spotykasz ludzi dokładnie w swoim wieku? Czy budując relacje ze znajomymi, przyjaciółmi, sprawdzasz, czy aby na pewno urodzili się w tym samym roku, co ty?

Podobnie w pracy czy w innych sytuacjach w życiu: raczej rzadko się chyba zdarza, żeby ktoś z nas budował swój relacje z innymi ludźmi tylko w tym samym wieku.

Dodatkowo, kierując się tym, co mówi neurodydaktyka, a od niedawna trochę więcej na ten temat się dowiaduję korzystając z możliwości studiów podyplomowych, więc tam wyraźnie jest mowa o tym, że mózg ludzi, mózg dzieci rozwija się w różnym tempie.

I wcale nie jest powiedziane, że ta klasa, która połączona została dlatego, że dzieciaki urodziły się w tym samym roku, będzie pracować tak samo. Więc kwestia łączenia dzieci w grupy wiekowe też jest trochę jakby dyskusyjna.

Myślę sobie też o tym, że łączenie dzieciaków w grupy na takiej odgórnej zasadzie, nie uwzględnia ich potrzeb i nie uwzględnia preferencji. Kiedy dzieci łączy tylko wiek urodzenia, wcale nie jest powiedziane, że znajdą wspólny język, albo że będą interesować się podobnymi rzeczami.

Czasami też zadaje dorosłym pytanie, jak wielu znajomych pozostało z wieku szkolnego. Szczególnie z czasów podstawówki albo z liceum. Oczywiście są chlubne wyjątki i zdarzają się takie przyjaźnie, ale jest ich stosunkowo niewiele.

Introwertycy i ekstrawertycy

Ludzie są różni, dzieci też są różne.

Niektórzy są introwertykami, a inni są ekstrawertykami.

Ekstrawertycy potrzebują grupy ludzi, lepiej czują się w towarzystwie grupy. Często potrafią brylować w towarzystwie, są duszą towarzystwa, zabawiają, lubią świecić i być podziwianymi.

Introwertycy jednak wolą mniejsze towarzystwo, męczy ich często grupa i konieczność przebywania w dużym skupisku nie jest żadną przyjemnością.

Patrząc na to z perspektywy szkoły i tego, że dzieciaki traktowane są często tak samo, pomyślcie jak trudne może być dla takiego introwertyka wyjście przed całą klasę, żeby wyrecytować wiersz. Albo żeby udzielić odpowiedzi ustnej, albo rozwiązać zadanie przy tablicy.

Te kilkanaście, kilkadziesiąt par oczu wpatrzonych w tego biednego człowieka, dla którego samo stanie w ławce jest trudne i naprawdę wychodzi poza strefę komfortu. A tu jeszcze trzeba wykazać się wiedzą albo jakąś umiejętnością.

A przecież wiemy, że w stresie potrafimy zapomnieć najprostszych rzeczy. A co dopiero, kiedy zaczynamy przerabiać znacznie trudniejszy materiał.

Dlatego tak sobie myślę, że ta wizja szkolnej grupy, szkolnej klasy, jako czegoś, co jest niezbędne do prawidłowego rozwoju dzieci, też nie do końca do mnie przemawia.

Szkoła równa wszystkich ze sobą

Nie mówię, że zawsze jest to złe, bo czasami klasy świetnie się zgrają i potrafią uwzględnić potrzeby każdego z dzieci. I introwertycy i ekstrawertycy znajdują w niej swoje miejsce. Natomiast myślę sobie, że na przykład edukacja domowa dla introwertyka może być naprawdę strzałem w dziesiątkę.

O ile prościej jest podejść do egzaminu, który zdawany jest w towarzystwie nauczyciela, jeden na jeden, gdzie nie trzeba stawać przed całą klasą. O ile łatwiej jest skupić się takim dzieciom w swoim własnym towarzystwie, a nie w klasie szkolnej, gdzie są różne przerywniki, zaczepki i inne sytuacje rozpraszające.

Dzieci tak samo jak dorośli, po prostu są różne. Problem ze szkołą jest trochę taki, że równa wszystkich, nie uwzględnia potrzeb jednostki.

Co prawda mamy w podstawie programowej i w różnych przepisach, że szkoła powinna mieć indywidualne podejście do ucznia. Ale ciężko sobie to wyobrazić w klasie 30-kilkuosobowej. Bo przecież nauczyciel ma tylko dwoje oczu i nie jest w stanie zauważyć i wyodrębnić każdego z osobna na 45-minutowej lekcji.

Nie chodzi tylko o system i o jakieś założenia, które są ideą-fix, ale też po prostu, o możliwości. O to, że no nie da się pewnych rzeczy wprowadzić.

Inna sprawa jest taka, że wielu dorosłych wierzy w to, że trzeba zrównać. I że dzieci muszą się dopasować. I że to jest najlepsze rozwiązanie, bo nie należy się wychylać. I po to jest klasa, i po to jest szkoła, żeby wszyscy robili wszystko tak samo i razem.

Tutaj też myślę, że warto sobie zadać pytanie: czy aby na pewno? Czy właśnie o to chodzi, żeby dzieci opuszczając szkołę, szły za tłumem? I robiły wszystko razem i tak jak inni?

Bo jednak mnie wydaje się, że umiejętność samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji dobrych dla mnie, a nie dla całej grupy, to bardzo ważna umiejętność.

Nie chodzi o to, żeby nigdy nie uwzględniać potrzeb pozostałych. Ale jednak, żeby nie zapominać o sobie, o tym co mi służy i dzięki czemu się rozwijam, uczę, zdobywam wiedzę i kolejne kompetencje.

Współczesna szkoła nie jest miejscem dla introwertyków. Nie jest miejscem dla dzieci wysoko wrażliwych. Taki człowiek, któremu naprawdę trudno jest wejść w nowe miejsce, któremu trudno jest odnaleźć się w głośnej klasie, na korytarzu szkolnym, gdzie jest tyle różnych bodźców...

Dla którego ilość różnego rodzaju wymagań od różnych nauczycieli może być po prostu niezrozumiała. Może być ciężko to wszystko ogarnąć. Dla takiego dziecka szkoła niekoniecznie będzie fajną przygodą i miłym czasem.

Nie mówię, że jedynym rozwiązaniem jest edukacja domowa. Być może warto poszukać innej szkoły, gdzie będą bardziej kameralne klasy. Albo porozmawiać z wychowawcą, nauczycielem, czy są jakieś inne metody, jak możemy pomóc takiemu dziecku.

Metoda małych kroków

To też nie jest tak, że w edukacji domowej introwertyk ma totalną sielankę i ze wszystkim sobie radzi. Bo często dzieci wycofane, dzieci wysoko wrażliwe, mają trudności również z egzaminem, z podejściem do egzaminu, czy z uczestniczeniem w zajęciach dodatkowych.

Ale warto przemyśleć metodę małych kroków. Nie jestem zdania, że trzeba wrzucać dzieci na głęboką wodę. Bardzo szanuję to, jeżeli młody człowiek ma z czymś trudności i że nie do wszystkiego już dorósł, nie na wszystko jest gotowy.

Alfie Kohn mówił, że

Rywalizacja to jest jedyna rzecz, która nie ma bezpiecznej dawki u dzieci.
Alfie Kohn

A tak sobie myślę, że bardzo wiele zajęć dodatkowych czy nawet nasza codzienna szkoła, to bardzo silna rywalizacja.

I bardzo wiele dzieci się w tym nie odnajduje. Bo żeby zacząć rywalizować, trzeba dorosnąć do tego, że można Ponieść porażkę.

Doświadczenia porażki bardzo często wpływają na to, czy dziecko będzie miało odwagę podejmować nowe wyzwania.

Jeżeli zbyt wcześnie doświadcza porównywania, rywalizowania i nie daje rady z tym, że nie jest najlepsze, albo ktoś pokaże mu, wytknie, że jest gorsze od innych, to naprawdę może przeszkodzić w przyszłości w podejmowaniu różnego rodzaju wezwań.

Dodatkowo dzieci z wysoką wrażliwością, czy właśnie bardzo zamknięte w sobie, mogą mieć trudności z wychodzeniem z domu, braniem udziału w nowych aktywnościach. Z rozwijaniem swoich pasji poza domem, kiedy ktoś je obserwuje albo, nie daj boże, ocenia.

Dlatego tym bardziej myślę, powoli.

Zajęcia dodatkowe

Maluchy pewnie nie będą potrzebowały zbyt wielu zajęć dodatkowych. Często mogą uczestniczyć w nich z rodzicem, a przynajmniej na początku rodzic może wspierać dzieci swoją obecnością i poczuciem bezpieczeństwa. I w ten sposób, na miękko, może przyzwyczaić młodego człowieka do nowego miejsca.

Dobrze by było, żeby w tym miejscu nie było tej wszechobecnej rywalizacji. Żeby ci, którym jest trudniej albo którzy robią wolniej różne rzeczy, albo którzy potrzebują więcej czasu, czy właśnie nie są najlepsi, ale mają dużą radość z tego, że czymś się zajmują, nie czuli się odrzuceni.

Nie musimy organizować dziecku, czy szkolnemu czy w edukacji domowej, każdego popołudnia. Można zacząć od jednych zajęć. Można szukać zajęć, które nie będą prowadzone w dużych grupach. A z czasem, kiedy dzieci dorastają, małymi krokami puszczamy je w świat.

I będą takie dzieci, które chętnie wybędą, wybiegną i będą organizowały sobie swoje życie. A będą takie, które będą robiły to wolniej. I to może być dla nas rodziców trudne. Bo choć nie przyznajemy się do tego zbyt łatwo, to jednak zdarza się nam porównywać dzieci.

To nie jest oczywiście właściwa postawa i pewnie każdy o tym wie. Ale nieświadomie, albo czasami świadomie, ale jednak z pewną niechęcią, patrzymy na inne dzieci czy na rodzeństwo naszego dziecka, które "w tym wieku dawało już sobie radę". Albo "w tym wieku potrafiło to czy tamto".

A ja tak sobie myślę, że warto spróbować za każdym razem spojrzeć na tego młodego człowieka bez tego tła, które tworzy świat zewnętrzny. Bez tego, że inni robią to szybciej albo lepiej. Bo pewnie jeszcze nie odkryliśmy tego, w czym nasze dziecko jest świetne. Może potrzebuje więcej czasu. I może nie będzie to żaden szkolny przedmiot.

Zajęcia dodatkowe dają nam możliwość eksplorowania świata w kierunku, które nasze dziecko wybierze. Możemy poszukać, tak jak mówiłam wcześniej, małej grupy, przyjaznego nauczyciela, który zrozumie potrzeby naszego dziecka.

Bo w małej klasie, w małej grupie, wydaje się to zdecydowanie łatwiejsze niż 20-kilku- czy 30-kiluosobowej klasie.

Mam bardzo duży szacunek do nauczycieli i myślę, że wielu z nich naprawdę się stara i mimo tego, że system wygląda jak wygląda, stają na głowie czy rzęsach, żeby jednak zrobić to, co muszą zrobić w sposób jak najlepszy.

Nie wszyscy mają narzędzia, nie wszyscy mają umiejętności, nie wszyscy chcą się rozwijać. Więc wiadomo, że wygląda to w bardzo różny sposób.

Ale myślę sobie, że jest grupa dzieci, które po prostu, niezależnie od tego, jak fantastyczny będzie nauczyciel i jak bardzo będzie się starał, po prostu nie pasuje do tego systemu, który jest. I w którym właśnie taka duża grupa dzieciaków nie będzie wspierająca.

Dlatego zajęcia dodatkowe mogą być naprawdę świetną alternatywą. Mamy wtedy dostępność do ludzi z zewnątrz, spoza rodziny. Mamy rozwijanie pasji, pokazywanie innych autorytetów zewnętrznych, mamy możliwość szukania mistrza, który zainspiruje nasze dziecko.

Pewnie na początku też może być dużym wyzwaniem, żeby spotkać się z obcym człowiekiem.

Drogi rodzicu, miej cierpliwość. Wspieraj, bądź obok, motywuj. Nie oceniaj, nie wyśmiewaj. Pokazuj, że każdy krok przybliża cię do tego, żeby oswoić i poznać tę nową osobę.

A jeśli wolę być sam?

A co, jeśli dziecko woli być samo? Myślę sobie o tym, że jest pewna grupa ludzi, którzy doskonale czują się w swoim towarzystwie. Lubię ze sobą spędzać czas. Nie nudzą się i nie potrzebują innych ludzi, żeby czuć się dobrze.

Czy masz w sobie otwartość na takie dziecko? Na takiego człowieka, który znajdzie się w twoim domu? Czy będziesz w stanie zrozumieć, że jedno z twoich dzieci wędruje od koleżanki do kolegi, spędza czas w grupie znajomych, a drugie twoje dziecko najlepiej czuje się w swoim własnym pokoju?

Czy dzieci potrzebują grupy? - Podsumowanie

Myślę sobie, że to są trudne tematy i czasami ciężko jest nam zrozumieć młodego człowieka, który jest zupełnie inny niż my sami. Dlatego dobrze jest rozmawiać z innymi rodzicami, którzy też mają różne doświadczenia, różne trudności. A kiedy rozmawiamy o tym, co nas męczy i z czym mamy ciężko, możemy usłyszeć, że inni mają podobnie.

A może możemy podzielić się strategiami jak wspierać nasze dziecko? Jak wspierać siebie w tych chwilach, w których jest nam trudniej?

Bardzo zachęcam was do tego, żeby znaleźć innych dorosłych, z którymi możecie porozmawiać. Którzy was wysłuchają bez oceniania i krytykowania, i niechcianych rad. Wy także nie oceniajcie i nie krytykujcie i nie mówcie innym, co mają robić. Bo przecież nigdy do końca nie wiemy i nie znamy całej sytuacji.

Zatem, czy dzieci zawsze potrzebują grupy rówieśniczej? Niekoniecznie. Są tacy, którzy tak i są tacy, którzy nie. Tym, którzy potrzebują większej grupy ludzi, nawet w edukacji domowej można zorganizować towarzystwo. A tym, którzy nie potrzebują towarzystwa, w edukacji domowej najczęściej jest bardzo, bardzo wygodnie.

Outro

Dziękuję wam bardzo za wysłuchanie kolejnego odcinka. Zapraszam serdecznie na profil na Instagramie - Pozytywy edukacji, do kontaktu mailowego kinga.pukowska@pozytywy.pl oraz do zapisania się na newsletter, który co jakiś czas ląduje w waszych skrzynkach. Formularz newsletterowy znajdziecie na stronie Pozytywy.pl.

Do usłyszenia!

Leave a Reply

Your email address will not be published.