Ciężko spada się z wysokiego konia, a trochę tak wyglądało nasze twarde lądowanie w krakowskiej rzeczywistości przedszkolnej, po powrocie z przyjaznego przedszkola w Helsinkach. Szukając rozwiązań dla naszych dwóch córek (syn był już wtedy w szkole), zdecydowaliśmy się na zerówkę dla starszej i alternatywne przedszkole dla młodszej.

Z ogromną niepewnością podchodziłam do nowej placówki, bo przecież w tej poprzedniej, systemowej, początkowe deklaracje też były wspaniałe, a późniejsza praktyka mocno od nich odbiegała.

Oczekiwania i poszukiwania

Dla najmłodszej, bardzo wrażliwej córki, szukałam miejsca nastawionego na podmiotowe traktowanie dziecka. Zależało mi też na spędzaniu dużej ilości czasu na świeżym powietrzu (choć krakowskie często świeże może niej jest).

Doceniłabym także wyżywienie naprawdę dopasowane do potrzeb dzieci.

Doszłam nawet do wniosku, że właściwie najbardziej pasowałaby mi sytuacja, w której nauczyciel przedszkolny zapytany„ co i ile dzisiaj zjadło moje dziecko”, odpowiedział by mi po prostu „nie wiem”. Bo to znaczyłoby, że nikt mojego dziecka do jedzenia nie zmuszał, dając mu możliwość decydowania wedle własnych potrzeb i apetytu.

Jednak największą moją obawą, o której chciałam opowiedzieć w czasie pierwszej rozmowy w przedszkolu, było podejście do nieszczęsnego leżakowania. Pisałam o tym w Artykule o powodach, dla których szukałam alternatywnego przedszkola. Bo choć rozumiem konieczność poobiedniego odpoczynku, to jednak po doświadczeniach starszej córki, wiem jak traumatyczne potrafi być wywieranie presji na czteroletnim dziecku, by leżało bez ruchu przez półtorej godziny.

Pamiętam zatem doskonale zdziwienie pani dyrektor przedszkola waldorfskiego, do którego w końcu trafiłam, gdy pytałam o obowiązek spania po obiedzie. I jej słowa:

"Przecież nie można chyba nikogo zmusić do spania?!"

No więc można, a przynajmniej można się starać. I te dziesięć lat temu niektóre przedszkola były bardzo w tym skuteczne...

Najważniejsze jednak było dla mnie odkrycie, że przede wszystkim MOŻNA inaczej. Że jest alternatywne podejście.

 

Czym zachwyciło mnie przedszkole waldorfskie?

Miejsce, które udało mi się znaleźć, było kameralnym (tylko 4 grupy) przedszkolem w Krakowie, z własnym ogrodem i kuchnią. Pamiętam jego specyficzny, ale przyjemny zapach. Uczęszczaliśmy tam przez trzy lata i był to bardzo spokojny i wspierający okres. Oto czym, w skrócie, zachwyciło mnie nasze przedszkole:

  • wspierające podejście do dzieci i rodziców,
  • zrozumienia dla indywidualnego tempa rozwoju maluchów,
  • uważność na dzieci,
  • brak jakichkolwiek konkursów: zero rywalizacji,
  • naturalne zabawki,
  • zdrowe menu,
  • codzienne spacery,
  • grupy mieszane wiekowo,
  • odpoczynek poobiedni dopasowany do potrzeb każdego dziecka,
  • celebrowanie rytuałów,
  • nawiązywanie do rytmu przyrody.

Jak wyglądała codzienność?

Wyjątkowości przedszkola waldorfskiego doświadczałam na początku właściwie każdego dnia. „Leżakowanie” nie wymaga od dzieci ciszy? Nie trzeba spać? I zamiast leżeć na równo ustawionych leżaczkach w piżamkach, można po prostu wyciszyć się w towarzystwie empatycznej pani nauczycielki, śpiewającej piosenki czy opowiadającej bajki?

Nasze przedszkole nie było przedszkolem leśnym, ani placówką prowadzoną na wzór skandynawski. Mimo tego, znowu było nam dane wrócić do poznanego w Helsinkach konceptu:

"Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania".

Przedszkolaki miały zawsze w szatni kalosze i gumowe spodnie oraz kurtkę przeciwdeszczową. I codziennie, nawet w deszczowe dni, wychodzili do ogrodu lub na spacer po okolicy.

Kuchnia była bardzo przemyślana i dostosowana do potrzeb maluchów. W jadłospisie nie było słodkich przekąsek, soczków, drożdżówek czy innych produktów wysoko przetworzonych. Jedzenie gotowane na miejscu było świeże, różnorodne i sezonowe. Alergicy mogli liczyć na zrozumienie, a dodatkowo dla niejedzących mięsa, zawsze była opcja wegetariańska. Dziesięć lat temu naprawdę nie było to popularne podejście.

Atmosfera i podejście

Urocze były też sposoby na obchodzenie świąt takich jak na przykład urodziny każdego z dzieci. Jubilat zasiadał wtedy w koronie na specjalnie przygotowanym tronie, a Pani opowiadała wzruszającą bajkę o tym jak, jako mały dzidziuś, trafił akurat do tej właśnie rodziny.

Wszystkie uroczystości nastawione były na odbiór niematerialny, na przeżycia, emocje i doświadczanie.

 

Z przyjemnością wspominam zmiany wystroju przedszkola w zależności od pory roku, z okazji dnia świętego Marcina wieczorną wycieczka do parku z lampionami zbudowanymi przez ojców, wspólne przygotowywanie zupy z warzyw na święto plonów czy symboliczne prezenty w ręcznie ozdabianych przez mamy woreczkach z okazji św. Mikołaja.

Codzienność w grupach mieszanych wiekowo, pomagała maluszkom w adaptacji i trudnościach pierwszych tygodni w przedszkolu, a także dawała okazję na wzajemne wsparcie czy zabawy wymyślane przez starszych kolegów.

Dobrze wspominam też spotkania z nauczycielkami przedszkolnymi. Na co dzień panie jasno dawały do zrozumienia, że opiekując się całą grupą nie mają czasu i możliwości rozmawiać „w drzwiach”, a poza tym wolały swoimi spostrzeżeniami dzielić się bez obecności maluchów. Dlatego co jakiś czas uczestniczyliśmy jako rodzice w osobistych rozmowach z nauczycielką, która z wielką delikatnością, ale i też ogromną empatią opowiadała o dziecku: o jego zachowaniu, postępach, urokach ale i trudnościach. Wszystko w atmosferze szacunku i współpracy, bez wywierania presji na rodzicach, że "coś muszą" albo że "z dzieckiem jest coś nie tak".

Podsumowanie

Różnica pomiędzy przedszkolem waldorfskim, a naszym wcześniejszym, samorządowym, była dla mnie uderzająca. Oczywiście to moje osobiste doświadczenie i zdecydowanie nie oznacza ono, że nie ma dobrych przedszkoli tradycyjnych. Jak również, że wszystkie placówki alternatywne są świetne.

Fakt, że dla nas to miejsce stało się bezpieczną przystanią na całe trzy lata, nie oznacza też, że każdemu byłoby tam tak dobrze, jak nam.

W przedszkolu waldorfskim poznałam pedagogów bardzo zaangażowanych i empatycznych. Do tej pory wspominam tamte lata jako czas, w którym nie mieliśmy żadnych problemów czy konfliktów edukacyjnych, a współpraca nas rodziców i nauczycieli była harmonijna oraz ukierunkowana na dziecko i jego potrzeby.

Życzę wam właśnie takich przedszkoli: w których potrzeby wasze i waszych dzieci będą dostrzeżone i zaopiekowane.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *